środa, 23 września 2015

Przepis na pyszny, zdrowy i tani lunch!

Witajcie! Tak, jak ostatnio wspominałam, postanowiłam być bardziej aktywna fizycznie, nie tylko w celu poprawienia formy i sylwetki, ale również dla lepszego samopoczucia. Oczywiście, połączyłam to ze zdrowym odżywianiem. Przede wszystkim, odrzuciłam wszelkie słodycze (nawet najmniejsze cukiereczki!), słone, niezdrowe jedzenie, no i oczywiście fast food. Żeby nie było, nie jestem kolejną fanatyczką, która postanawia sobie odmawiać wszystkiego, byleby nazywało się, że się dobrze odżywiam. Ale jeśli mam możliwośc wyboru, wolę jeść lekko i pożywnie :)

Jako, że dziś przede mną występ i nie mam zbyt wiele czasu na przygotowanie jakiegoś obiadku, postanowiłam przekąsić szybki lunch. Być może się nie zdziwicie, lub pomyślicie, że to żadna filozofia, ale stwierdziłam, że najlepszą opcją będzie omlet. Kiedyś kojarzył mi się tylko ze zbyt ściętym jajkiem i nieprzyjemnym smakiem, ale od dłuższego czasu sama nauczyłam się go przyrządzać, zarówno jak i na słodko, jak i słono. Świetna alternatywa zarówno na śniadanie, jak i rówież na lunch. No i przede wszystkim, to praktycznie żaden wydatek, gdyż przyrządzić można go ze wszystkiego, co mamy pod ręką!
Ja dziś postawiłam na wersję 'na słono', a oto mój przepis:

(Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale wykonywałam je telefonem na szybko)

- 2 całe jajka
- 2 plastry szynki
- pół papryki
- garść posiekanej cebuli
- bazylia i oregano ( ja wybieram zawsze świeże)
- pół pomidora


Jajka ubijamy do uzyskania jednolitej konsystencji, szynkę kroimy w 'kostkę', podobnie robimy z papryką. Do tego siekamy listki bazylii i oregano, całość dodajemy do jajka. 






Wrzucamy na patelnię z rozgrzaną oliwą lub olejem rzepakowym i smażymy według własnego upodobania (ja nie lubię za bardzo ściętego jajka). Na talerzu dodajemy pokrojony pomidor, i gotowe! Do tego oczywiście moja ulubiona, zielona herbata z dodatkiem arbuza :)
Man nadzieję, że skorzystacie z tego prostego przepisu, smacznego!






poniedziałek, 14 września 2015

Zastrzyk pozytywnej energii!

Rozpoczął się trzeci tydzień szkoły, nauki przybywa coraz więcej, presja na nas- maturzystach rośnie z każdym dniem. Jak sobie radzić z tym oraz znużeniem jakie może nam towarzyszyć podczas intensywnego roku szkolnego lub pracowniczego trybu życia?

Oczywiście, pierwsza sprawa, to nieubłagalnie uciekający czas. Przede wszystkim, trzeba umieć go sobie dobrze rozplanować i zorganizować. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas tkwi w pułapce jaką niemal ciągle serwuje nam dostęp do wszechobecnych mediów i portalów społecznościowych, sama niejednokrotnie mam problem, by się od nich oderwać! Ale dla chcącego nic trudnego- kwestia samodyscypliny i dążenia do wyznaczonych celów, a nawet marzeń. I wszystko można ogarnąć! :)

Ale do rzeczy. Ja ostatnio, pomimo natłoku zajęć, postanowiłam zwiększyć swoją aktywność fizyczną. Zaczęły się treningi taneczne, rower, ulubione programy treningowe.. Do tego postanowiłam spróbować czegoś nowego i wybrałam się na warsztaty do Studia Tańca Azyl w Zabrzu. Początkowo chciałam udać się na bliski memu sercu hip- hop, jednak postanowiłam wybrać coś nowego i skusiłam się na latino i zumbę.


Zajęcia okazały się strzałem w dziesiątkę! Odkąd tylko pamiętam, zawsze tańce latyno- amerykańskie do mnie w jakiś sposób przemawiały, głównie ze względu na rytmy i muzykę, jaka im towarzyszy, jednak nigdy nie miałam okazji wypróbować się w tych technikach. Na warsztatach z latino ladies, niesamowicie pozytywna pani choreograf zaprezentowała nam podstawy salsy. Styl ten urzekł mnie od razu- wakacyjne klimaty, ruchy wprost tryskające kobiecością.. To zdecydowanie coś, czego powinna wypróbować każda dziewczyna! Nawet nie zauważyłam, kiedy minęła godzinka zajęć... Jestem tak zafascynowana, że postanowiłam zapisać się na stałe!

Następną godzinę warsztatów spędziłam na Zumbie. I uwaga! Jeżeli komukolwiek z Was zaczyna doskwierać jesienna chandra, musicie koniecznie wypróbować tej dziedziny fitnessu! Niesamowity zastrzyg energii, endorfin i motywacji do pracy nad sobą! Pobudzające dźwięki, choreografie które pobudzają mięśnie do pracy na 100% ale i nie pozwalają na poddanie się! Ja, szczerze mówiąc, wyszłam z zajęć mokrusieńka ale i przeszczęśliwa, wierzcie mi na słowo! Chciało mi się śmiać, tańczyć, śpiewać, skakać i wrócić na salę, dosłownie! Uczucia te utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że w zdrowym ciele zdrowy duch oraz, że warto czasem się poświęcić, wyrzec drobnych pokus, zmotywować się i dążyć do pracy nad sobą...
Taki jest mój sposób na znużenie doskwierające chyba każdemu z nas..

A Wy? Co o tym sądzicie? Może macie jakieś inne pomysły? :)
 

Udało mi się zwerbować kilka zdjęć z wczoraj, a wszystko dzięki mojej koleżance, świetnej Pani fotograf, linka do jej bloga zostawiam poniżej i zapraszam:


trzymajcie się! :)


środa, 2 września 2015

Wakacyjny zawrót głowy

Witajcie kochani!
Strasznie długo tutaj nie pisałam, ale przyznać muszę, że naprawdę nie miałam ani chwili by to robić. No i właśnie. Wakacje, wydawałoby się są czasem, kiedy w końcu możemy zająć się sobą, swoimi pasjami, bądź po prostu leniuchować tyle, jak tylko to możliwe. Jednak ciężko to realizować, kiedy ma się wokół wspaniałych znajomych, którzy spędzają z nami niemal każdą chwilę. I tak też było w moim przypadku. Myślę, że własnie w tym miejscu mogę już smiało podsumować ostatnie 2 miesiące. 

W zasadzie to nie wiem, od czego zacząć. Ale chyba opowiem Wam o tym, co najbardziej wpływa na to, że tegoroczne wakacje będę określała mianem najlepszych. W lipcu wraz z przyjaciółką i jej rodzicami wybraliśmy się do Bułgarii, do Słonecznego Brzegu. Byłam pełna obaw, ponieważ słyszałam o tym kraju i kurorcie najróżniejsze opinie. Jednak wraz z przylotem na miejsce, wszystkie wątpliwości zostały rozwiane.


Słoneczny Brzeg jest kurortem idealnym dla osób, które uwielbiają leniuchowanie na plaży pod pięknym, gorącym słońcem w ciągu dnia a wieczorem chętnie korzystają z uroków nocnego życia. Ogromna promenada, z mnóstwem sklepów, restauracji i barów, otwarte kluby z rewelacyjną muzyką (osobiście gustuję w R'n'B, więc dla mnie było idealnie) no i całe mnóstwo przyjaznych ludzi, którzy przybywają tam z całej Europy! Jak dla mnie rewelacja, ponieważ za naprawdę nieduże pieniądze można spędzić wspaniałe, niezapomniane wczasy. Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieli obawy, czy aby na pewno wakacje w Słonecznym Brzegu mogą być udane- możecie być spokojni, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie!


To chyba już dla mnie normalne, że po każdym wyjeździe dopada mnie ogromna nostalgia. I tym razem nie było inaczej. Zbyt szybko przywiązuję się do miejsc i ludzi. Na szczęście, po powrocie do Polski, te wakacje wcale nie stały się gorsze, wręcz przeciwnie! Po raz kolejny, mogłam sobie uświadomić, jak wspaniałych przyjaciół mam wokół siebie. Kolejne wspaniałe chwile zapisały się w mojej pamięci i to właśnie sprawia, że uważam wakacje za najpiękniejszy czas. Również z tą myślą postanowiłam stworzyć mini film, który będzie wyrazem podziękowania wszystkim, którzy uczynili te 2 miesiące wyjątkowymi, jak również swoistą pamiątką. Także z Wami chcę się nim podzielić, a więc łapcie linka:


Jednak po raz kolejny powtórzę, że wszystko, co dobre, zdecydowanie szybko się kończy. Wakacje przeminęły z wiatrem, a ja zostałam postawiona w obliczu nowego roku szkolnego, który będzie niewątpliwie najtrudniejszym, ponieważ rozpoczęłam klasę maturalną. Tak naprawdę dopiero dziś w szkole uświadomiłam sobie, jak wiele nauki mnie czeka. Jako humanistka mam do opanowania cały materiał z języka polskiego, angielskiego, histori i... tej nieszczęsnej matematyki. Jak przy tym wszystkim nie zwariować i zachować zdrowy rozsądek? Macie jakiś pomysł?

Być może wielu z Was również powróciło wczoraj do szkolnych murów, niektórych czeka to w październiku. Ale czego Wam życzę? Na pewno determinacji, żebyście nie rezygnowali ze swoich celów, nawet jeśli któryś punkt na drodze ich realizowania nie wychodzi. Próbujcie aż do skutku. Miejcie czas na odpoczynek, i nie zapominajcie o tym, co najważniejsze- o uśmiechu! Mała rzecz, a działa cuda :)

Cóż, przynajmniej znajdę więcej czasu by tu pisać. Mam już mnóstwo tematów, jakie chciałabym poruszyć, a więc nic tylko działać! Niesamowicie by mnie ucieszyło, jeśli zostawicie jakikolwiek komentarz pod postem, nawet negatywny :)

Trzymajcie się, kochani!




wtorek, 7 lipca 2015

Niesamowity mecz i najpiękniejszy Kraków, czyli weekend na 6+

Witajcie. Jak się miewacie? Mam nadzieję, że dajecie radę przy tych upałach.
Ja w poniedziałek wróciłam z Krakowa i muszę przyznać, że jestem oczarowana jeszcze bardziej, niż się spodziewałam. Weekend był idealny pod każdym możliwym względem. Ale po kolei.

Zacznę od tego, że pierwszy raz mogłam spędzić w Krakowie więcej czasu, niż jeden dzień. Więcej czasu= więcej możliwości jego spędzenia, więcej miejsc do zobaczenia.
Oczywiście, głównym punktem naszej wycieczki był piątkowy mecz naszych siatkarzy, ale tak naprawdę okazał się on być tą przysłowiową 'wisienką na torcie'. Jak to typowe baby mają w zwyczaju, wyjazd nie mógł się obyć bez zakupów. Dlatego w piątek z samego rana ruszyłyśmy na podbój Bonarki. Niestety, zawiodłam się, gdyż pomimo ogromnych przecen niemal w każdym sklepie, nie znalazłam niczego ciekawego. Po powrocie do domu zaczęłyśmy się szykować na mecz. Biało-czerwone barwy, szaliki, obowiązkowe bilety w torebce. Gotowe ruszyłyśmy do Tauron Areny. Atmosferę meczu można było już odczuć kilometr od niej- ludzie w samochodach byli wymalowani w nasze narodowe barwy, tłumy idące w kierunku hali no i wszędzie odgłos wuwuzeli (który nota bene kojarzy mi się wyłącznie ze sportową rywalizacją).




Gdy już dotarłyśmy na miejsce, obiekt zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tauron Arena jest gigantyczna. Jednak efekt zewnętrzny to pikuś przy tym, co zobaczyłam, gdy znalazłyśmy się już w środku. Dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Hala jest niesamowita. Wielka. Kiedy uświadomiłam sobie, że znajdzie się tam 16 tysięcy kibiców aż przeszły mnie ciary. W zasadzie, towarzyszyły mi one od samego początku do końca meczu.
Przyznać muszę, że obawiałam się miejsc, jakie miałyśmy, zupełnie niepotrzebnie. Były rewelacyjne- idealnie widziałyśmy płytę boiska, siatkarzy, każdą akcję, a przy tym mogłyśmy chłonąć atmosferę meczu nieustannie.


Za każdym razem, kiedy siadam na trybunach przed siatkarskim meczem, uświadamiam sobie to samo- polscy kibice są niesamowici. I tym razem też tak było. Nawet gdy potyczka jeszcze się nie zaczęła, atmosfera była już genialna. Oczywiście- duet Kułaga&Magiera nakręcał nas z każdą kolejną minutą. Wszystkie przyśpiewki, zabawy, naprawdę robiło to niesamowite wrażenie. Kiedy jednak wszyscy wstali i odśpiewali 'Zawsze tam gdzie Ty' (to już chyba hymn wszystkich kibiców) wiedziałam, że wyjdę z hali jako najszczęśliwszy człowiek na ziemi. A to był dopiero początek. Bo gdy człowiek bierze udział w śpiewaniu Hymnu polskiego acapella, to dzieje się z nim coś nie do opisania. 16 tysięcy osób zrobiło to w sposób, jakiego trzeba doświadczyć na żywo. Niesamowite. Po takim powitaniu naszej drużyny nie było innej opcji, jak wygrana Polaków.



Pierwszy set jednak nie zapowiadał szczęśliwego zakończenia. Polacy nie potrafili się przebić przez mocną, siłową grę Amerykanów. Na całe szczęście, w następnej partii zaczęli odbudowywać swoją grę. Rewelacyjna forma naszej drużyny na tle wspaniałej zabawy kibiców sprawiła, że byliśmy świadkami wspaniałego widowiska. Oczywiście, nerwów było co nie miara, momentami myślałam, że osiwieje.


Jednak mecz zakończył się na naszą korzyść, wygraliśmy w tie- breaku 15:12. Szczęście było tym większe, że dzięki temu zwycięstwu dostaliśmy się do Final Six Ligi Światowej, które zostanie rozegrane w Rio!




Pełne endorfin i najlepszych emocji opuściłyśmy halę i wróciłyśmy do 'domu'.
Następnego dnia wreszcie mogłyśmy w pełni korzystać z uroków stolicy Małopolski. Najpierw opalałyśmy się nad Wisłą, następnie wstąłpiłyśmy na rewelacyjne zapiekanki na Kazimierzu (polecam każdemu) a potem ruszyłyśmy na centrum.


Na rynku tradycyjnie tętniło życiem, czemu dodatkowo sprzyjała piękna pogoda. To kolejna rzecz, którą kocham w tym mieście- poza tym, że jest ono przesiąknięte historią, to pełne jest ludzi tak różnych, tak kolorowych, tak nadzwyczajnych oraz po prostu szczęśliwych! Wszystko się tam toczy jakby w innym tempie, niż na Śląsku.



Obowiązkowo zaliczyłyśmy pyszną mrożoną kawkę, do tego gofry z pyszną belgijską czekoladą a następnie wybrałyśmy się na spacer na Kazimierz. Słońce zmierzające ku zachodowi, ludzie beztrosko spacerujący, a w tle muzyka z pobliskich klubów, gdzie akurat zaczynały się zabawy. Tak, wtedy właśnie poczułam ten cudowny klimat wakacji.



Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. W niedzielę nadszedł czas powrotu. Polski Bus po raz kolejny nie zawiódł i w niecałą godzinkę znalazłyśmy się w Katowicach. Może pomyślicie, że to głupie, ale przez te 4 dni strasznie przywiązałam się do Krakowa. Być może to dlatego, że byłam nim oczarowana już wcześniej, a możliwość spędzenia w nim więcej czasu tylko to uczucie spotęgowała.

Fakt faktem, poznałam w ciągu tego wyjazdu niesamowitą osobę. Stała się ona dla mnie ogromną inspiracją. Mieszkając z nią pod jednym dachem, sporo się o niej dowiedziałąm. Uświadomiłam sobie, że dzięki niej jeszcze bardziej chcę się przyłożyć do matury, która czeka mnie za niespełna rok. Dlaczego? Ponieważ (to również zrozumiałam przez ostatni weekend), mam ambicję podbić Uniwersytet Jagielloński. Czy mi się to uda? Będzie ciężko, bardzo, jestem tego świadoma. Jednak perspektywa uczenia się w jednej z najlepszych uczelni wyższych w Polsce i to, że mogę coś dzięki temu osiągnąć, a wszystko to realizować będę w Krakowie, daje mi ogromną motywację i wierzę, że sobie poradzę. Ale tym zacznę się martwić we wrześniu, kiedy rozpocznie się klasa maturalna.

Jak zakończę tego posta? Hm, niemal w samych pozytywach opisałam Wam mecz siatkarzy jak i sam pobyt w Krakowie (ale niczego nie przekolorowałam, serio). Jednak chciałabym dodać, że doszłam do jednego, ważnego wniosku przez ostatnie dni- warto doceniać drobiazgi i ulotne chwile, bo tylko wtedy można dostrzec te wielkie, wspaniałe momenty, a całość czyni nas szczęśliwym.
Może filozoficznie, może śmiesznie, ale to już ta godzina, że mogę sobie pozwolić :)
Trzymajcie się!

czwartek, 2 lipca 2015

Przedwyjazdowa gorączka.

Odkąd pamiętam, zawsze towarzyszył mi stres związany z wyjazdem. Nie chodzi o to, że boję się podróży do nowego miejsca, ale po prostu martwię się, że nie spakuję wszystkiego, zapomnę czegoś albo zgubię coś naprawdę istotnego. Dziś również nie jest inaczej- od rana biegałam od sklepu do sklepu, za godzinę muszę wyjść z domu a dopiero co skończyłam się pakować i na bank będę jeszcze sprawdzała wszystko miliard razy. Chociaż podobno człowiek w pędzie działa najsprawniej, co o tym sądzicie? :)

Wieczorem powitam Kraków i jestem niesamowicie szczęśliwa z tego powodu. Byłam tam w zeszłym miesiącu, ale tak bardzo kocham to miasto, że mogłabym tam spędzać czas nieustannie! A Wy? Jaka jest Wasza opinia na tego miasta?

Życzę Wam miłego weekendu, a teraz jeszcze szybkie fotki z pakowanka, trzymajcie się!


To niby tylko weekend, a i tak miałam ogromny problem, które ciuchy ze sobą zabrać!


Oczywiście, bez ukochanych Flux'ów ani rusz :)


Typowy zestaw kibica, już nie mogę doczekać się meczu!


Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć czas na czytanie...


...i opalanie :D


Nawet moja kochana psinka patrzy tęsknym wzrokiem, no cóż!

środa, 1 lipca 2015

Welcome!

Witajcie!
Jestem tu nowa i nie ukrywam, że założyłam tego bloga bardzo spontanicznie. Dlaczego? W sumie, niedawno wpadłam na pomysł, żeby prowadzić coś w stylu pamiętnika z wakacji, które się rozpoczęły w miniony piątek. Jednak zawsze lubiłam się dzielić swoimi doświadczeniami, przeżyciami i spostrzeżeniami z innymi ludźmi, więc postanowiłam wejść w społeczność Bloggera. Oczywiście, chciałabym, żeby z czasem ten blog stał się stroną lifestylową, inspirującą Was i dostarczającą mnóstwo pozytywnej energii :)



Ale może na początku powiem coś o sobie. Mam na imię Ola, uczę się w liceum ogólnokształcącym, w klasie o profilu humanistycznym. Nie wybrałam tego kierunku przypadkowo, gdyż jestem pasjonatką literatury, jak również uwielbiam język angielski i (nie weźcie mnie za świra) interesuje mnie historia. Jednak największą moją pasją jest taniec, który trenuję od 12-stu lat. Oczywiście to nie wszystko, ponad wszystko uwielbiam siatkówkę, w którą nie tylko gram (co prawda amatorsko, 159cm wzrostu nie pozwala na realizację ambicji o karierze siatkarskiej) ale i jestem ogromnym kibicem naszych cudownych siatkarzy, o czym z pewnością jeszcze będę miała okazję pisać! Muzyka, książki, sport, podróże, fotografia, kulinaria... Sporo tego i chciałabym dzielić się tym wszystkim z Wami właśnie tutaj. Mam nadzieję, że Wam się spodoba!


Później napiszę relację z pierwszych dni wakacji, tymczasem zostawiam Was z błyskawicznie zrobioną fotką i życzę miłego popołudnia! :)