Witajcie. Jak się miewacie? Mam nadzieję, że dajecie radę przy tych upałach.
Ja w poniedziałek wróciłam z Krakowa i muszę przyznać, że jestem oczarowana jeszcze bardziej, niż się spodziewałam. Weekend był idealny pod każdym możliwym względem. Ale po kolei.
Zacznę od tego, że pierwszy raz mogłam spędzić w Krakowie więcej czasu, niż jeden dzień. Więcej czasu= więcej możliwości jego spędzenia, więcej miejsc do zobaczenia.
Oczywiście, głównym punktem naszej wycieczki był piątkowy mecz naszych siatkarzy, ale tak naprawdę okazał się on być tą przysłowiową 'wisienką na torcie'. Jak to typowe baby mają w zwyczaju, wyjazd nie mógł się obyć bez zakupów. Dlatego w piątek z samego rana ruszyłyśmy na podbój Bonarki. Niestety, zawiodłam się, gdyż pomimo ogromnych przecen niemal w każdym sklepie, nie znalazłam niczego ciekawego. Po powrocie do domu zaczęłyśmy się szykować na mecz. Biało-czerwone barwy, szaliki, obowiązkowe bilety w torebce. Gotowe ruszyłyśmy do Tauron Areny. Atmosferę meczu można było już odczuć kilometr od niej- ludzie w samochodach byli wymalowani w nasze narodowe barwy, tłumy idące w kierunku hali no i wszędzie odgłos wuwuzeli (który nota bene kojarzy mi się wyłącznie ze sportową rywalizacją).


Gdy już dotarłyśmy na miejsce, obiekt zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tauron Arena jest gigantyczna. Jednak efekt zewnętrzny to pikuś przy tym, co zobaczyłam, gdy znalazłyśmy się już w środku. Dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Hala jest niesamowita. Wielka. Kiedy uświadomiłam sobie, że znajdzie się tam 16 tysięcy kibiców aż przeszły mnie ciary. W zasadzie, towarzyszyły mi one od samego początku do końca meczu.
Przyznać muszę, że obawiałam się miejsc, jakie miałyśmy, zupełnie niepotrzebnie. Były rewelacyjne- idealnie widziałyśmy płytę boiska, siatkarzy, każdą akcję, a przy tym mogłyśmy chłonąć atmosferę meczu nieustannie.

Za każdym razem, kiedy siadam na trybunach przed siatkarskim meczem, uświadamiam sobie to samo- polscy kibice są niesamowici. I tym razem też tak było. Nawet gdy potyczka jeszcze się nie zaczęła, atmosfera była już genialna. Oczywiście- duet Kułaga&Magiera nakręcał nas z każdą kolejną minutą. Wszystkie przyśpiewki, zabawy, naprawdę robiło to niesamowite wrażenie. Kiedy jednak wszyscy wstali i odśpiewali 'Zawsze tam gdzie Ty' (to już chyba hymn wszystkich kibiców) wiedziałam, że wyjdę z hali jako najszczęśliwszy człowiek na ziemi. A to był dopiero początek. Bo gdy człowiek bierze udział w śpiewaniu Hymnu polskiego acapella, to dzieje się z nim coś nie do opisania. 16 tysięcy osób zrobiło to w sposób, jakiego trzeba doświadczyć na żywo. Niesamowite. Po takim powitaniu naszej drużyny nie było innej opcji, jak wygrana Polaków.

Pierwszy set jednak nie zapowiadał szczęśliwego zakończenia. Polacy nie potrafili się przebić przez mocną, siłową grę Amerykanów. Na całe szczęście, w następnej partii zaczęli odbudowywać swoją grę. Rewelacyjna forma naszej drużyny na tle wspaniałej zabawy kibiców sprawiła, że byliśmy świadkami wspaniałego widowiska. Oczywiście, nerwów było co nie miara, momentami myślałam, że osiwieje.
Jednak mecz zakończył się na naszą korzyść, wygraliśmy w tie- breaku 15:12. Szczęście było tym większe, że dzięki temu zwycięstwu dostaliśmy się do Final Six Ligi Światowej, które zostanie rozegrane w Rio!
Pełne endorfin i najlepszych emocji opuściłyśmy halę i wróciłyśmy do 'domu'.
Następnego dnia wreszcie mogłyśmy w pełni korzystać z uroków stolicy Małopolski. Najpierw opalałyśmy się nad Wisłą, następnie wstąłpiłyśmy na rewelacyjne zapiekanki na Kazimierzu (polecam każdemu) a potem ruszyłyśmy na centrum.
Na rynku tradycyjnie tętniło życiem, czemu dodatkowo sprzyjała piękna pogoda. To kolejna rzecz, którą kocham w tym mieście- poza tym, że jest ono przesiąknięte historią, to pełne jest ludzi tak różnych, tak kolorowych, tak nadzwyczajnych oraz po prostu szczęśliwych! Wszystko się tam toczy jakby w innym tempie, niż na Śląsku.
Obowiązkowo zaliczyłyśmy pyszną mrożoną kawkę, do tego gofry z pyszną belgijską czekoladą a następnie wybrałyśmy się na spacer na Kazimierz. Słońce zmierzające ku zachodowi, ludzie beztrosko spacerujący, a w tle muzyka z pobliskich klubów, gdzie akurat zaczynały się zabawy. Tak, wtedy właśnie poczułam ten cudowny klimat wakacji.

Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. W niedzielę nadszedł czas powrotu. Polski Bus po raz kolejny nie zawiódł i w niecałą godzinkę znalazłyśmy się w Katowicach. Może pomyślicie, że to głupie, ale przez te 4 dni strasznie przywiązałam się do Krakowa. Być może to dlatego, że byłam nim oczarowana już wcześniej, a możliwość spędzenia w nim więcej czasu tylko to uczucie spotęgowała.
Fakt faktem, poznałam w ciągu tego wyjazdu niesamowitą osobę. Stała się ona dla mnie ogromną inspiracją. Mieszkając z nią pod jednym dachem, sporo się o niej dowiedziałąm. Uświadomiłam sobie, że dzięki niej jeszcze bardziej chcę się przyłożyć do matury, która czeka mnie za niespełna rok. Dlaczego? Ponieważ (to również zrozumiałam przez ostatni weekend), mam ambicję podbić Uniwersytet Jagielloński. Czy mi się to uda? Będzie ciężko, bardzo, jestem tego świadoma. Jednak perspektywa uczenia się w jednej z najlepszych uczelni wyższych w Polsce i to, że mogę coś dzięki temu osiągnąć, a wszystko to realizować będę w Krakowie, daje mi ogromną motywację i wierzę, że sobie poradzę. Ale tym zacznę się martwić we wrześniu, kiedy rozpocznie się klasa maturalna.
Jak zakończę tego posta? Hm, niemal w samych pozytywach opisałam Wam mecz siatkarzy jak i sam pobyt w Krakowie (ale niczego nie przekolorowałam, serio). Jednak chciałabym dodać, że doszłam do jednego, ważnego wniosku przez ostatnie dni- warto doceniać drobiazgi i ulotne chwile, bo tylko wtedy można dostrzec te wielkie, wspaniałe momenty, a całość czyni nas szczęśliwym.
Może filozoficznie, może śmiesznie, ale to już ta godzina, że mogę sobie pozwolić :)
Trzymajcie się!